Jarosław Narymunt Rożyński

Jestem emigrantem

27 grudnia 2014r

Nigdy nie zapomnę świąt 2004 roku. Choinka, pies, dwa koty i cała rodzina przy stole wigilijnym. Z jednej strony wszyscy bardzo się cieszyliśmy ze świąt Bożego Narodzenia, a z drugiej strony wszyscy zastanawialiśmy się, jak będą wyglądały kolejne miesiące. Byłem następnym Polakiem, który w najbliższym czasie miał zostać emigrantem. Mieszały się we mnie uczucia radości z powodu nowej pracy za granicą, a z drugiej strony smutek związany z tym, iż nie miałem szans na znalezienie takiej pracy, o jakiej zawsze marzyłem w Polsce. Myślałem, że ten okres tak naprawdę potrwa zaledwie kilkanaście tygodni, bo przecież nikt, kto wyjeżdża za granicę, nie zakłada z góry, że zostanie tam na kilka lat. Plan był taki sam jak w przypadku setek tysięcy innych młodych rodzin - najpierw wyjeżdża mężczyzna i organizuje nowy dom, a potem do niego dołącza kobieta z dzieckiem.

Nie da się opisać uczucia, jakie towarzyszy człowiekowi, gdy staje na lotnisku po raz pierwszy ze świadomością, że teraz zamienia się w jednego z 3 milionów emigrantów, ludzi którzy nie mogli znaleźć odpowiedniego zatrudnienia w swojej Ojczyźnie. Tymczasowy obywatel drugiej kategorii. Nie da się opisać widoku setek rodzin na lotnisku, w większości mężczyzn przed 30 rokiem życia, żegnających swoje małe dzieci i ukochane kobiety, po to żeby znów zobaczyć je za kilka tygodni. Emigracja w 2005 roku nie wyglądała tak jak dzisiaj i nigdy nie była taka kolorowa jak przedstawiają to media głównego nurtu. Emigracja jest jak wyrok, w którym zamiast pozbawienia wolności skazani jesteśmy na wygnanie z własnego kraju, bo tylko poza jego granicami możemy znaleźć wolność jakiej pragniemy. Emigracja jest jak wyrok, którym zostaliśmy skazani za błędy i nieudolność polityków partyjnych. Ktoś inny zawinił, a my będziemy cierpieć.

Te kilka tygodni pracy zamieniło się w dwanaście miesięcy emigracji i latania co miesiąc do Polski. Zawsze w samolocie znalazł się przynajmniej jeden mężczyzna wycierający łzy tęsknoty za rodziną, za ojczyzną, za kimś bliskim, za Polską. Gdy lądowaliśmy w Londynie, Dublinie, Liverpoolu czy w Cork - po łzach nie było już śladu. Były za to zaciśnięte zęby i zaciśnietę pięści. Każdy Anglik czy Irlandczyk odpowie tak samo - nie ma tutaj bardziej pracowitych i zdeterminowanych ludzi niż Polacy.

Po 12 miesiącach był powrót na krótko do Polski, na święta. Mieliśmy wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Rok wycięty z życia. Gdy pytaliśmy rodziców czy znajomych - co zmieniło się przez ten ostatnik rok - większość odpowiadała : nic się nie zmieniło. Stara bieda - to słyszeliśmy najczęściej. Zaraz potem rozmowa przechodziła na temat bieżącej polityki, która wydawała nam się już tak bardzo oderwana od naszego codziennego życia. Od 25 lat wciąż te same nazwiska, zmieniają się tylko stanowiska.

Znacznie łatwiej było już przenieść się do Irlandii. Ostatecznie jaki był wybór ? Skoro miałbym wybierać pomiędzy przeniesieniem się np. do Warszawy a do Irlandii to chyba oczywiste, że każdy na moim miejscu wybrałby Szmaragdową Wyspę. Kolejne loty, kolejne wysyłanie paczek, kolejne szukanie nowego mieszkania i kolejne zakładanie nowego "gniazda domowego". W Irlandii spędziłem jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Poznałem wspaniałych ludzi, pracowałem ze wspaniałym zespołem, było po prostu naprawdę dobrze. Zawsze zastanawiałem się - dlaczego tak dobrze nie może być w Polsce ?

Jednak w życiu każdego emigranta z czasem pojawia się tęsknota za domem. Po 3 latach latania do Polski praktycznie po to, by zrobić standardowe tourne rodzina - dentysta - okulista, przychodzi pytanie - co będziemy dalej w życiu robić? Gdzieś tam przez ten cały czas zawsze tli się nadzieja, że może już teraz, że może już teraz w Polsce jest lepiej i będzie można na stałe wrócić.

Nie zrozumie tego człowiek, który nigdy nie mieszkał za granicą. Gdy przez kilka lat zobaczymy, jak wygląda życie w bardziej rozwiniętych krajach, zaczynamy w jeszcze większym stopniu dostrzegać absurdy i okropności, spuścizny PRL w naszym własnym kraju. Przestajemy tolerować biurokrację, ograniczenia, absurdy, nieudolnośc polityków, kolejne tłumaczenia i kolejne puste obietnice. Człowiek, który raz wyemigrował zawsze będzie miał w swojej świadomości alternatywę do otaczającej go rzeczywistości. W każdej chwili mogę spakować walizkę i wyjechać. Lecz mijają kolejne lata i coraz intensywniej człowiek zastanawia się - kiedy będę gotów na to, aby wrócić ? Kiedy moja Ojczyzna nie będzie już wyborem pomiędzy życiem poniżej pewnego poziomu na jaki bez problemu mogę sobie pozwolić na emigracji ?

Wróciłem na koniec 2008 roku, znów - na święta Bożego Narodzenia. Wyglądały bardzo podobnie do tych w 2004 roku, lecz zmieniło się podstawowe pytanie stawiane przez wszystkich z zewnątrz. Najczęściej słyszalem pod swoim adresem pytanie, które brzmiało bardziej jak wyrzut : po co wróciłeś!? Tutaj nic się nie zmieniło i tutaj nic się nie zmieni. Ta apatia, depresja społeczna i żółć wylewająca się z ludzi na każdym kroku, jest po prostu przytłaczająca. Najbardziej nieprawdopodobne było to, jak bardzo ludzie, którzy nigdy nie byli na emigracji - starali się mnie przekonać, że właśnie tam jest lepiej niż tutaj. Jednocześnie byli to ludzie, którzy sami nigdy nie zdecydowali się na wyjazd. Nie przemawiał do nich argument, że chciałem, aby moje dzieci chodzły do polskiej szkoły i uczyły się przede wszystkim języka polskiego. Również taka odpowiedź spotykała się z ciętą ripostą : "A po co języka polskiego ? Teraz wszyscy na świecie mówią po angielsku". Na moje słowa, że chcę zmienić Polskę, spotykał mnie tylko śmiech, sarkazm i cynizm. Tutaj nic się nie zmieni, nigdy. Jesteśmy otumanionym społeczeństwem pod kontrolą kilku stacji telewizyjnych i kilku komunistów przemalowanych na parlamentarzystów.

W Polsce czeka Cię tylko milczenie owiec. Wyjedź, uratuj nasze wnuki, uratuj swoje dzieci.

Wróciłem, bo chciałem uwierzyć we własne marzenia. Wróciłem, bo zawsze wierzyłem w Polskę. Wróciłem, bo zawsze byłem przekonany, że jesteśmy Narodem, który zawsze podnosi się z kolan i zawsze walczy o swoją przyszłość. Nigdy nie pogodziłem się z tym, że Polak jest stereotypem taniej siły roboczej, pijaka - emigranta, taniego robotnika. Zagryzłem zęby i zacisnąłem pięści. Będę walczył, nie wyjadę.

Po dwóch latach spędzonych nie tylko w Trójmieście i Szczecinie, ale również w trasach po miastach w całej Polsce - czułem, że jest szansa. Pracowałem od rana do wieczora, od świtu do nocy, od poniedziałku do poniedziałku. Patrząc na te ostatnie lata, zacząłem dostrzegać nie tylko zmiany na lepsze w Polsce, ale również to, co dzieje się w Anglii czy w Irlandii. Chociaż dzisiaj może to wszystko wydać się dziwne - od 2010 roku świat wyraźnie przyśpieszył i czułem to na każdym kroku. Zupełnie inaczej wyglądały moje wieczory w Anglii czy Irlandii, a zupełnie inaczej w Wilnie, Rydze czy Talinie. Polska stała się domem w innym rozumieniu, a emigracja nie była już dla mnie jedyną drogą, lecz jedną z wielu dróg, z narzędzi z nowymi perspektywami, z których mogłem skorzystać.

Swoje pierwsze kroki na Ukrainie postawiłem w 2011 roku, w styczniu przy temperaturze dużo niższej niż się spodziewałem. Miałem wrażenie, że jestem o wiele dalej od domu, niż wtedy, gdy byłem w Londynie czy w Dublinie. Będąc wieczorami w Dniepropietrowsku, patrząc przez okno z 20 piętra Most City na Dniepr i Ukrainę, miałem wrażenie, że nie tylko cofnąłem się na wschód, ale również, że cofnąłem się w czasie. Pomniki Lenina, zniszczona architektura, wszędzie ślady sowieckiej dominacji. Ukraina dopiero wchodzi do Europy, tak jak kiedyś Polska wydobywała się spod PRL, po to by zaledwie kilka lat później stać się członkiem Unii Europejskiej. My byliśmy zdeterminowani w walce o swoją przyszłość, byliśmy zjednoczeni by osiągnąć jeden cel. Ukraina jest rozdarta między wschodem a zachodem. Przed nimi znacznie dłuższa i trudniejsza droga niż ta, jaka była przed nami. Zupełnie inaczej wygląda zachodnia i wschodnia Ukraina, zwłaszcza, gdy jesteś obserwatorem.

Wyjazd na Ukrainę był nie tylko realizacją kariery zawodowej. Zawsze zastanawiałem się jakie naprawdy są ślady Polski i wspólnego dziedzictwa na wschodzie. Będąc we Lwowie czy innych miejscach dawnej Rzeczypospolitej widziałem miejsca i ruiny, dla których czas się zatrzymał. Tam nadal stoją drzewa i ruiny, przy których Polacy i Ukraińcy potrafili razem normalnie rozmawiać, pić, bawić się, a gdy trzeba było - walczyć z Moskalem czy Mongołem. Odkrywałem na nowo, na żywo historię Polski wchodząc na polskie cmentarze, dotykając polskich kościołów, czy czytając polskie słowa. Dotykałem historii, dotykałem ostatnich szczątków naszej wielkości i złotej wolności.

Tak, płakałem na Wołyniu.

Te ostatnie 10 lat nieustannej podróży, te 10 lat tęsknoty za Polską jakiej jeszcze nie ma, ukształtowały we mnie siłę i wiarę w odbudowę prawdziwej Polski. Te ostatnie 25 lat to zaledwie początek tego, czym możemy się stać jeżeli nie zmarnujemy swojej szansy historycznej. Wkraczamy w nowy wiek, wkraczamy również w nowy etap historii Polski. Nie wolno nam się oglądać na wschód i na zachód, musimy podążać własną drogą. Polska musi sama zacisnąć zęby, zacisnąć pięści i wywalczyć sobie właściwe miejsce w Europie.

W 2015 roku nie tylko zostanie określona przyszłość moja, Twoja i Polski. Dla milionów emigrantów jest to ostatni dzwonek na szansę na zmiany. Dla milionów Polek i Polaków jest to także ostatni czas na decyzję - czy pozostaniemy w Polsce, czy spróbujemy lepszego życia za granicą? Nie wytrzymamy kolejnych 5 lat wojny polsko-polskiej pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską. Nie możemy w nieskończoność czekać na zmiany, których domagamy się od 25 lat. Nie chcemy czekać, aż pokolenie PRL i Solidarności po prostu wyginie ze starości. Dla nas będzie to już za późno, a dla nich - i tak nie ma to żadnego znaczenia. Jeżeli w 2015 roku nie zmieni się polityczna rzeczywistość, to Polska pozostanie krajem urzędników, emerytów i rencistów. Stoimy przed realną szansą złamania własnymi rękami ciągłości pokoleń. Bomba demograficzna to nie są żarty, a przecież to właśnie to najważniejsze pokolenie zostaje skazane na emigrację. Ponad 87 na 100 młodych ludzi chce na stałe wyjechać z Polski. W tym samym czasie kombatanci płaczą przed kamerami ze słowami : "na Boga, ja nie o taką Polskę walczyłem!". Zaraz potem wracamy w mediach do wykastrowanego faceta, impotenta z kotem, różowego orła i wujcia "w bulu". Myśl o wszystkim innym tylko nie myśl o swoim losie. Nie interesuj się polityką i pamiętaj : Ty nic nie możesz. Jak to możliwe, że w kraju w którym jeszcze tak niedawno związek zawodowy obalił ustrój i rozwalił w pył cały ZSRR dzisiaj każdy obywatel jest przekonany, że Naród nic nie może a los każdego obywatela jest ograniczony do minimum przez partie polityczne. Jak to możliwe, że uwierzyliśmy, że nie mamy prawa głosu ?

Partie polityczne w Polsce stoją w sprzeczności z wolnością i suwerennością tego Narodu !

To my sami musimy zmienić klasę polityczną. To my sami musimy zapewnić sobie bezpieczeństwo i suwerenność. Los nas samych, a przede wszystkim los naszych dzieci - zależy tylko i wyłącznie od nas. Czy chcemy, by byli oni pokoleniem emigracji czy też chcemy, aby nasza emigracja dała im fundamenty do budowy fundamentów ich przyszłych rodzin i domów ? Nie wolno nam tracić wiary i nadziei, a przede wszystkim - nie wolno nam tracić determinacji w walce o lepszą Polskę. Jeżeli znów przegramy swoją historyczną szansę, na następne dziesięciolecia nie będziemy nikim więcej jak tylko kolejnymi emigrantami. Musimy walczyć tutaj, o dobro naszego kraju, niezależnie od tego czy jesteśmy w Polsce czy poza jego granicami. Musimy walczyć o to, abyśmy nie byli rodzicami dzieci, które żegnać będziemy za 10 czy 15 lat na lotnisku, tak jak nasi rodzice żegnali nas. Przyszłość i bezpieczeństwo naszej Ojczyzny leży tylko i wyłącznie w naszych rękach. Nie wolno nam liczyć na Unię Europejską, NATO czy na Amerykanów. Sami musimy codziennie walczyć o lepszą Polskę, jeżeli nie chcemy zostać emigrantami lub skazać na emigrację nasze dzieci. Los zawsze pozostaje w naszych rękach, nikt tego nie zrobi za nas.

Pamiętaj o tym, gdy nadejdzie dzień wyborów...

- Jarosław Narymunt Rożyński,