Jarosław Narymunt Rożyński

Złodziej tłumaczy się zawsze tak samo

16 czerwca 2014r

Każdy z nas zapewne nie raz w swoim życiu miał okazję zobaczyć złodzieja. Złapany na gorącym uczynku i postawiony przed sądem, zwykle zaczyna swoją obronę od tego, że jest niewinny, że Policja go brutalnie pobiła, że on nie ukradł tylko chciał obejrzeć i odłożyć na własciwe miejsce. Do tego wszystkiego prosto w oczy opowiada, że w tym miejscu, o tej porze znalazł się w zasadzie przypadkiem i naprawdę nic się nie stało, a on nie czuje się winny. Nie ma przy tym wszystkim żadnych zahamowań przy opowiadaniu nam tego wszystkiego, zaklinając się na matkę, wszystkich świętych, Ojczyznę, i dobre imię, którego jak wiadomo nie ma. O ojcu zazwyczaj złodziej nie wspomina.

Gdy już prokurator przedstawi wszystkie okoliczności nie pozostawiając żadnych złudzeń, że nie ma tutaj przypadku - złodziej brnie w zaparte. Zaprzecza swoim odciskom palców, zaprzecza nagraniom, na których przecież praktycznie nic nie widać i nic nie słychać, a w ogóle cała ta akcja to jest wina kogoś innego, a jego próbują w to wszystko inni wrobić. To napewno ci tajemniczy i nieznani "oni" wrabiają złodzieja i to tych nieznanych sprawców powinien prokurator szukać, bo przecież złodziej jest niewinny.

Czasem złodziejowi też palnie się słowo tu i ówdzie w swoim zuchwalstwie. A to jeden złodziej będzie się chwalił, że prawa się nie boi, a to inny powie, że państwa polskiego w zasadzie nie ma. W ten sposób złodziej nie tylko wmawia sobie swoją bezkarność, przedstawia siebie jako mniejsze zło w otoczeniu złodziejstwa dookoła, a wszystko to - czym on się zajmuje jest relatywnie przecież mniejszym złem, ba... w zasadzie to nawet dobrem dla Polski.

Gdy sąd nie daje wiary i skazuje złodzieja - ten zaczyna chwytać się desperackich kroków. Oczywiście złodziej dalej idzie w zaparte twierdząc, że jest niewinny. Jednym z pierwszych kroków jest rozpowiadanie na lewo i na prawo jak to on jest pokrzywdzony nielegalnymi działaniami sił chroniących Państwo przed takimi złodziejami jak on. Więc zaczyna opowiadać niestworzone historie, o tym jak to on został poszkodowany przez innych, jak bezkarnie z nim postępowano i jaką jest spisku ofiarą. Stara się przy tym zrobić jak najwięcej szumu, a wiadomo, że nic nie daje tyle rozgłosu co media, a najlepiej - konferencja prasowa. Wtedy złodziej wszystkich będzie przekonywał, jak to inni wobec niego łamali prawo, a on został skazany, za to że jest dobrym złodziejem. W pierwszej chwili historia jest nawet przejmująca, ale gdy zaczynamy sprawdzać historię złodzieja - widzimy czarno na białym, że sąd się nie mylił. Czas mija i złodziej nie ma jak już się wybronić z tej sytuacji. Dziennikarze odchodzą, a złodziej idzie do więzienia.

Tam złodziej poznaje kolegów, innych złodziei, którzy również trafili za kratki w sumie nie ze swojej winy, jak twierdzą. Ich również wrobili ci niewidzialni "oni", którzy są naprawdę winni, a ci co siedzą w wiezieniach - to przecież wszystko ofiary złego prawa, nieuczciwych sił i opresji spotykających "zwykłych ludzi" na każdym kroku. W więzieniu jeden złodziej drugiego złodzieja zrozumie, zaprzyjaźni się, a nawet obieca, że gdy kara się skończy to od serca mu pomoże i razem wezmą odwet na tych nieuczciwych ludziach, co ich tam wsadzili i na tych wszystkich innych, co nie chcieli złodziei bronić.

Kara się kończy i nasz złodziej wychodzi z więzienia. Tym razem już nie sam, ale wzbogacony o nowe kontakty i doświadczenia. Po krótkim czasie znów planuje swój wielki skok, po którym ustawi się do końca życia i nie będzie się martwił o przyszłość. W końcu - po nas chodźby potop. Jednak złodziej z zasady głupi jest i chciwy i jego najbardziej ambitny plan zwykle kończy się tak samo - jeden złodziej drugiego złodzieja zawsze tanio sprzeda. Koło się zamyka i nasz złodziej znów trafia do więzienia. Taka już natura jego.

Morał z tej bajki pozostaje taki : złodzieja nie zmienisz i rozumem uczciwym nie ogarniesz.

Niestety morał z tej bajki płynie dworaki : chcesz poznać syna, to zobacz ojciec jaki.

- Jarosław Narymunt Rożyński,